#6 - suzuki jimny

Przyszła zima, zrobiło się ślisko, więc sam nasuwa się temat związany z napędem na cztery koła. Czyli SUVy.

Tylko czy SUVy powinny być jeszcze kojarzone z napędem 4×4? Czy mają coś wspólnego z samochodami terenowymi? W ogóle czy mają coś wspólnego z tym, na co wyglądają?

W końcu czy oprócz suvów są na rynku jeszcze rzetelne samochody terenowe?

 

__________________

Suvy są wszechobecne, a ich udział w rynku stale rośnie i nic nie wskazuje na to, żeby trend miał się zmienić.

Czy to dobrze czy źle, to sprawa mniej istotna, ale kilka miesięcy temu w tym segmencie, a raczej bardzo do niego zbliżonym, pojawił się model, który pozytywnie zaskoczył wielu. Ale po kolei

Skąd wzięły się te wszystkie SUVy?

Początków trzeba by szukać w połowie lat 80. Mniej więcej do tego czasu coś wyglądającego na samochód terenowy rzeczywiście nim było. Poniesione zawieszenie, większe niż w osobówkach koła, wyższa kabina, pudełkowate nadwozie typu kombi, a czasem pickup. Konstrukcja była oparta na ramie, a obowiązkowy i oczywisty napęd na 4 koła miał możliwość blokady mechanizmu różnicowego. Mniej więcej takiej długości lista założeń była brana pod uwagę przy projektowaniu terenówek i nie zmieniała się przez dziesieciolecia. To były po prostu samochody użytkowe, które miały wywiązać się z zadania z myślą o którym zostały stworzone. Konstrukcja całkowicie podporządkowana funkcji.

Aż przed rokiem 1990 wszyscy najpoważniejsi producenci terenówek zaczęli je nieco cywilizować. Poprawiła się jakość wykończenia wnętrza, co akurat nie było trudne skoro startowano z poziomu dostawczaka, ale pojawiły się też elementy wyposażenia mającego podnosić komfort i przyjemność – klimatyzacja, elektryka. Poprawiło się wyciszenie kabiny, a w zawieszeniach rezygnowano z resorów. No i pojawia się jakaś stylistyka: nadwozia nadal pudełkowate, ale zdecydowanie ciekawsze niż wcześniej, wyglądające masywnie, a czasem wręcz majestatycznie.

Nowe czasy terenówek

Klienci kupujący w tamtych czasach terenówki rzeczywiście potrzebowali pojazdów które przewiozą ich przez błoto, kamienie, stromy podjazd, las i strumyk. Wcześniej musieli jednak oprócz niej mieć drugi „cywilny” samochód z który dało się żyć na codzień. Ale na przełomie lat ’80 i ’90 sytuacja uległa zmianie i wielu właścicieli tamtych terenówek dochodziło do wniosku, że mogą z nimi żyć też na codzień. Jak pomyśleli, tak zrobili.

Używane na codzień terenówki były coraz częściej widziane na ulicach. Przykuwały wzrok nie tylko rozmiarami, ale też stylistyką, robiły wrażenie. Nic dziwnego, że coraz większemu gronu kierowców zakiełkowała myśl o przesiadce na taki samochód. W ten sposób zaczął rosnąć popyt.

A jeśli rośnie popyt, trzeba rozszerzać ofertę. Zwłaszcza że dość szybko zaczęło być jasne, że nowi nabywcy niekoniecznie oczekują radykalnego terenowego samochodu i chętnie wybierają nieco prostsze i mniejsze terenówki, jak np. Nissan Terrano (znane też jak Ford Maverick). Nadal jeszcze terenowe, ale już bardziej zbliżone do osobowych. Popularność tego typu samochodów wyraźnie rosła, a oferta producentów poszerzała (pamięta ktoś jeszcze Opla Fronterę?)

Wtem! Suvy.

W połowie lat ’90 Toyota pokazała coś zupełnie nowego. Samochód nawiązujący do terenówek, ale mały, zgrabny, można powiedzieć że nawet ładny, nieźle wykończony i całkiem wygodny: model RAV4. Pierwszego suva na rynku (a przynajmniej ja nie kojarzę niczego takiego wcześniej).

Dlaczego to ona była pierwszym suvem? Ponieważ miała co prawda napęd 4×4, ale to nie jazda w terenie była priorytetem podczas jej projektowania. Miała być samochodem przede wszystkim używalnym na codzień, w mieście, na równych drogach, oferować zbliżony do osobówek komfort podróżowania i być sterowna także przy większych niż miejskie prędkościach. I oczywiście nie miała już ramy nośnej.

RAV4 spotkała się z tak dużym zainteresowaniem, że pierwotnie 3-drzwiową wersję Toyota wzbogaciła o kolejną parę drzwi. Była na tyle praktycznym i wygodnym samochodem, że klienci postrzegali ją jako realną alternatywę dla osobowego samochodu rodzinnego. I tak powstała moda, która trwa do dziś.

Od lat 90 suvy przepoczwarzyły w coś zupełnie innego

Sprawy potoczyły się szybko. Przeciętny nabywca SUVa miał zupełnie inne wymagania niż użytkownik terenówki. Producenci upraszczali więc konstrukcje i stopniowo rezygnowali z typowo offroadowego wyposażenia, ale też i elementów charakterystycznych dla prawdziwego samochodu terenowego. Zaczęła zanikać blokada mechanizmu różnicowego w napędzie 4×4, wzmocnienia podwozia i zawieszenia, orurowanie (ktoś je jeszcze pamięta? W latach 90 było obowiązkowe, nawet w wielu Matizach), koło zapasowe na klapie bagażnika. Klienci nie protestowali, więc uproszczenia postępowały i tak znaleźliśmy się w obecnych czasach. Obecnie wiele suvów jest już dostępnych tylko z napędem na przód, mają prześwit podobny do Peugeota 306 albo Astry H i są zbudowane na płycie podłogowej samochodu osobowego. Korzystanie z suva jako samochodu na codzień wymusiło też zmiany w konstrukcji zawieszeń i napędu, które pozwolą bezpiecznie poruszać się z prędkościami autostradowymi.

Wszystko to razem spowodowało, że współczesne najpopularniejsze suvy (np. qashqai) są już niczym innym, jak pochodnymi samochodów miejskich i kompaktowych. Jedyne co łączy je z terenówkami, to wygląd i czasem trochę wyższe niż w osobówkach zawieszenie. Ich głównym zadaniem jest robienie wrażenia, najlepiej bycia jednocześnie luksusowymi, sportowymi i agresywnymi, będąc w rzeczywistości osobowymi zabawkami. Z samochodu terenowego została w nich tylko skorupka.

Z tych właśnie powodów nie jestem szczególnym fanem suvów, ale to akurat nie jest ważne w tej historii. Ważne jest to, że kilka miesięcy temu na rynku pojawiło się coś z zupełnie innej beczki

Zupełne przeciwieństwo suva

Suv, to w dużym skrócie samochód przypominający terenowy, ale w rzeczywistości nienadający się w teren. Samochód o którym teraz piszę to samochód wyglądający jak filigranowa zabawka, a w rzeczywistości bijący na głowie w terenie lekko licząc 95% suvów. I to nie tylko tych tanich i małych.

Mowa o nowej generacji Suzuki Jimny. Japończycy opracowali samochód, który już samymi gabarytami i wyglądem budzi sympatię. Wygląda bardzo niesportowo, nieluksusowo i nieagresywnie. Ma prawdziwy napęd na 4 koła, znaczny prześwit, ramę i to wystarcza, żeby był terenówką pełną gębą. Nawet jeśli to poczciwa i uśmiechnięta gęba.

Jimny nie udaje czegoś czym nie jest, nie obiecuje że na jego widok inni będą uciekać, że dogoni każdego na autostradzie i że zrobi to bez wysiłku oraz zapewniając kierowcy luksusowe warunki podróży. Jest po prostu małym, prostym samochodem do jazdy w terenie, którego wygląd budzi uśmiech politowania u takich twardzieli jak Nissan Qashqai z napędem na przód. Nic ponad to.

Suv zajawka

Jestem bardzo umiarkowanym fanem offroadu, ale Jimny wyróżnia się z tego względu że całym swoim projektem świadczy o tym, że jest wytworem pasji, radości tworzenia i „zajawki”. Nie powstało w wyniku kalkulacji, której celem jest stworzenie kolejnego przeskalowanego suva mającego jeszcze szczelniej pokryć wszelką istniejącą lub wymyśloną niszę na rynku. Jimny świadczy o tym, że w branży motoryzacyjnej wciąż są ludzie, którzy szukają w tym co robią pasji i realizują pasję wykonując swoją pracę. Że nadal jeszcze pamiętamy, czym jest rzetelność w projektowaniu samochodów i że nie tylko robienie wrażenia ma być celem. Wydaje się, że takie podejście doceniło wielu

Przez ostatnie kilka miesięcy w motoryzacyjnym internecie nie było tygodnia, w którym nie pojawiła by się informacja o kolejnej firmie tunerskiej chwalącej się swoją, bardziej odjechaną od wcześniejszych, wersją Jimny. W pewnym momencie wyglądało to niemal jak flashmob. Jakby na rynku był tylko jeden interesujący samochód. Czy wynika z tego coś interesującego? Myślę, że tak. Zauważcie, że tunerzy rzucają się tylko na wyjątkowe samochody. Nie ma znaczenia czy to są wyjątkowe ze względu na moc, czy na klasę. Najchętniej przerabiane są takie samochody jak BMW M-ki, Audi S i RS, mocne suvy marek premium, mocne Mercedesy i superauta. Nagle w do tego grona dołącza mały, śmieszny samochód terenowy, o małym silniczku, prostym wyposażeniu, nienafaszerowany gadżetami. Dołącza i staje w jego centrum (na chwilę oczywiście, ale jednak).

Czy ktoś kojarzy jakiegokolwiek suva, który spotkałby się z takim przyjęciem benzynogłowych? Oczywiście, BMW X-y, Audi Q, cała litania Mercedesów z G-klasą na czele, Range Rovery. Tak, ale to premium, w dodatku mocne. Ale czy ktoś widział masę przeróbek Kii Sportage, Qasqaia albo Tiguana?

Był kiedyś samochód co do idei bardzo podobny do obecnego Jimny: Fiat Panda 4×4 pierwszej generacji. Panda także powstała po to, żeby być jak najprostszym, ale mocno wyspecjalizowanym samochodem, który nie miał pretendować do czegoś więcej. Nie miał świadczyć o statusie społecznym, nie miał też udawać prawdziwego samochodu terenowego. Miał za to sprawnie poruszać się po górzystych terenach na włoskiej prowincji i wywiązywał się z tego rewelacyjnie. Mimo upływu już kilkudziesięciu lat, Pandy 4×4 są nadal z powodzeniem masowo ujeżdżane i dzielnie sobie radzą. Stały się nawet całkiem poszukiwanymi klasykami.

Mam wrażenie, że z Jimny będzie tak samo.

Komentarze facebook